Magritte – kontynuacje i nawiązania
Drzewo znalezione gdzieś na obrzeżach Sopotu. Syn (wzrost nieco powyżej metra) jako punkt odniesienia, pozwalający pojąć skalę przedsięwzięcia.
street art, graffiti, napisy na murach
Drzewo znalezione gdzieś na obrzeżach Sopotu. Syn (wzrost nieco powyżej metra) jako punkt odniesienia, pozwalający pojąć skalę przedsięwzięcia.
Nie wiem, czy mam prawo nazywać to graffiti. Spacerując po Parku Praskim, zobaczyłam kota. Wkomponowany kikuty ściętych gałęzi, mrugał zalotnie i fioletowo jakieś dwa metry nad poziomem chodnika. Kot, a po kocie kolejne – okazało się, że czarodzieje z inwencją wkomponowali swoje malunki w okoliczne drzewa. Pojęcia nie mam, czy to działalność czysto partyzancka czy też akcja podlegająca czyjemukolwiek dozorowi (jeśli wiecie cokolwiek na ten temat, bedę bardziej niż wdzięczna za podpowiedzi). Jedno jest pewne – efekty oszałamiają.
Prosto z Berlina, wypatrzona przez ^shot’a (shot.pl )(któremu życzę gorąco i miodowo) na tyłach Bramy Brandenburskiej.

Trochę taki vintaż
Z jakiejś okolicznościowej instalacji na Krakowskim Przedmieściu. Taki był słodki, że nie mogłam się powstrzymać przed sfoceniem.
Promocyjna instalacja miasta Poznania w Pasażu Wiecha na tyłach Domów Centrum. Jako przeciwwaga dla piwnych żubrów w parku po drugiej stronie Marszałkowskiej.
* Słonioły to takie bardzo ważne Morfołaki.
Po polsku to już nie jest taka chwytliwa nazwa.
Szwęda się człowiek (płci niewieściej) po zaułkach miasta uznanych powszechnie za niebezpieczne i trochę się ten człowiek zaczyna bać, czy mu zaraz aparatu nie zajebią bo tubylcy zaczynają spode łba patrzeć. Jest jednak człowiekiem zdeterminowanym a skoro przylazł już na tę Pragie to w końcu nie będzie tak wychodził z niczym więc brnie w pośniegowe błoto, brnie i UFO widzi. I tak właśnie wyglądają momenty, kiedy prowadzenie tego bloga sprawia mi najwięcej frajdy.