zdechły królik
Po polsku to już nie jest taka chwytliwa nazwa.
street art, graffiti, napisy na murach
Po polsku to już nie jest taka chwytliwa nazwa.
Szwęda się człowiek (płci niewieściej) po zaułkach miasta uznanych powszechnie za niebezpieczne i trochę się ten człowiek zaczyna bać, czy mu zaraz aparatu nie zajebią bo tubylcy zaczynają spode łba patrzeć. Jest jednak człowiekiem zdeterminowanym a skoro przylazł już na tę Pragie to w końcu nie będzie tak wychodził z niczym więc brnie w pośniegowe błoto, brnie i UFO widzi. I tak właśnie wyglądają momenty, kiedy prowadzenie tego bloga sprawia mi najwięcej frajdy.
Centralna składnica miejsc przyjaznych stołecznej młodzieży na ulicy 11 listopada.
Warszawa Ursus. Gruba warstwa śniegu sugeruje, że nie było to awaryjne lądowanie, ale ogrodowa dekoracja – coś w rodzaju gipsowego krasnala.
Oni tu są. Nie tylko na Stadionie Dziesięciolecia, w pobliżu którego zrobione zostały te zdjęcia. Są prawdopodobnie najlepiej zorganizowaną mniejszością etniczną w tym mieście – z własną prasą, własnymi służbami medycznymi i własnymi, hermetycznymi zasadami, żywcem zaimportowanymi z oddalonego o kilka tysięcy kilometrów azjatyckiego państwa. W ich języku – zapisywanym od XVII wieku łacińską czcionką upstrzoną mnóstwem znaków diaktrycznych – prowadzi się tu kampanie społeczne i pisze, często także na murach o mniej lub bardziej poważnych sprawach. Niestety, mało kto z Polaków zna wietnamski.
Jedno z podwórek na tyłach Nowego Światu.
Dekoracja niewielkiego butiku na Tamce.